Słońce, woda i mgła – czyli moja pirenejska przygoda! (2)

Jak może wiecie z poprzedniego wpisu, początek czerwca spędzałam w Pirenejach, a dokładnie w departamencie Ariège, które jest w zasadzie mniej znaną częścią tego pasma górskiego. Nie do końca wiem dlaczego, bo jest tam pięknie, no ale przynajmniej nie ma przez to tłumów i górskiej tandety. Po drugim dniu na miejscu, bogatym w wydarzenia i ekstremalne zjawiska pogodowe, postanowiliśmy odpocząć fizycznie i psychicznie.

Dzień 3 – Wizyta w Foix, czyli będąc typowym turystą 

Poprzedniego dnia, zanim przemokliśmy do suchej nitki, spaliliśmy się na całego w południowym słońcu. Noc upłynęła mi na szukaniu pozycji w której nie dotykałabym łóżka, pościeli, ani broń Boże G., bo to kończyło się wrzaskami z obu stron. Oceniając rano poziom zaczerwienienia (odcień: homar) uznaliśmy, że musimy szybko znaleźć aptekę. Na atrakcję dnia wybraliśmy zatem Foix – stolicę departamentu.

Chociaż poprzedniego wieczoru pogoda się poprawiła, to ranek powitał nas gęstą mgłą, a w zasadzie chmurami. Podczas zjeżdżania z góry widoki były więc, mówiąc oględnie, ograniczone. Wraz z oddalaniem się od gór przejaśniało się coraz bardziej, więc gdy zajechaliśmy do Foix (około 1,5 godz. drogi z Guzet) mgły praktycznie nie było i mogliśmy już z oddali podziwiać zamek górujący nad miastem.

Typowa uliczka we Foix

Po zaparkowaniu nasze kroki skierowaliśmy najpierw do apteki. Farmaceutka na nasz widok ze zrozumieniem pokiwała głową i zaproponowała maść na oparzenia. Prędko zapłaciliśmy za nasze wybawienie i znaleźliśmy kawiarniany ogródek w celu nasmarowania się. Gdy pierwsza warstwa maści powoli się wchłaniała, zaczęliśmy rozglądać się wokół nas. Wzdłuż uliczki gdzie siedzieliśmy wznosiły się domy w typowym stylu dla południowej Francji, a według napisów na elewacji większość z nich wybudowano w XVIII wieku. Jako że było jeszcze dość wcześnie rano na ulicy panował spokój, a sklepy dopiero powoli się otwierały.

Po wchłonięciu croissanta i wypiciu kawy rozpoczęliśmy prawdziwe zwiedzanie. Miasto jest tak małe, że i bez mapy natknie się na 2 najważniejsze zabytki: wspomniany wcześniej zamek i romański kościół, część dawnego klasztoru. Zamek położony jest na górce, więc wdrapaliśmy się do budki z kasą biletową i po zapłaceniu 5,80 euro od łebka i zadeklarowaniu skąd jesteśmy (w teorii to z Belgii, ale w sumie to ja Polka a on Anglik… No ok, niech będzie Belgia.) mogliśmy rozpocząć zwiedzanie. Zabudowania składają się z 3 wież, i w każdej z nich urządzono ekspozycję. Foix było swego czasu ważnym ośrodkiem Katarów, tak więc część wystawy poświęcono historii tego ruchu. Poza tym, w późniejszym okresie zamek służył jako więzienie, i na ścianach wewnątrz wież można zobaczyć napisy wydrapane przez więźniów.

Księżniczka na wieży

Po zrobieniu paru zdjęć na szczycie jednej z wież i zaliczeniu sklepu z pamiątkami nasza wizyta dobiegła końca. Jako że pogoda zaczęła się pogarszać i zaczęło padać, zjedliśmy jeszcze tylko lunch w knajpie dla turystów i wróciliśmy do  samochodu. Postanowiliśmy wrócić do Guzet Neige i odpocząć, bo ciągle czuliśmy się trochę sponiewierani po przygodach dnia poprzedniego. Przez całą drogę z powrotem padało, a im bliżej Guzet byliśmy, tym bardziej robiło się mgliście (chmurnie). G. zdrzemnął się, a ja postanowiłam wybrać się na przechadzkę. Niestety, gdy po ponad 30 minutach ciągle widziałam jedynie mleko, postanowiłam wrócić.

Na szczęście mieliśmy w planach na wieczór atrakcję niezależną od pogody – kolację w oberży! Poprzedniego dnia zauważyliśmy na trasie do Guzet bardzo przytulnie wyglądający hotel z restauracją (stary budynek, położony nad rzeką, z palącymi się wewnątrz lampami – balsam dla zmęczonej duszy!), więc bez wahania zarezerwowaliśmy tam stolik. Co ciekawe, okazało się, że właściciele miejsca to Belg i Holender, gdy więc weszliśmy do środka usłyszałam dochodzące z kuchni holenderskie charczenie – w środku Pirenejów! Wystrój wnętrza był na szczęście typowo górski: z palącym się kominkiem i dużą ilością drewnianego obelkowania.

A kto tam się wygrzewa na krześle po prawej? 🙂

Było i wypchane ptactwo!

Z początku byliśmy w restauracji sami (nie licząc obsługi, olbrzymiego psa i kota wygrzewającego się przy kominku), jednak stoliki szybko się zapełniły – dobrze, że zrobiliśmy rezerwację! Przystawka i danie główne było ok, ale bez szaleństw, za to deser zapamiętam na długo: suszone śliwki w armaniaku na ciepło z gałką lodów waniliowych – takie proste, a takie pyszne (no i dobre na trawienie 😉 ). Pokrzepieni na duszy i ciele wróciliśmy do naszego studia i postanowiliśmy, że następnego dnia zaatakujemy główną atrakcję turystyczną okolicy: Cascade d’Ars!

Dzień 4 – Woda, woda, wszędzie woda! (no i mgła)

Cascade d’Ars, czyli po prostu kaskada na rzece Ars, uznawana jest za jedną z najładniejszych wodospadów we Francji. Na dodatek, wiosną i wczesnym latem, gdy topniejący śnieg spływa z gór, kaskada jest w swojej szczytowej formie, więc zobaczenie jej było naszym must do. Zgodnie z prognozą pogody znów groziły nam popołudniowe burze (uwaga na przyszłe wyjazdy – sprawdzać sezony burzowe!), zatem już o 8 byliśmy we wsi Aulus les Bains skąd wyruszał szlak. Trasa w normalnych okolicznościach przyrody jest raczej łatwa, przez ponad połowę idzie się szeroką drogą. Jednak z uwagi na pamiętną burzę (a może i wcześniejsze ulewy) droga była co jakiś czas poprzecinana zwałami skał i strumieniami. Obawiając się, że znów przyjdzie burza i nas zmyje tak jak te kupy kamieni, ostro maszerowaliśmy przed siebie. W pewnym momencie doszliśmy do rzeki Ars, gdzie woda kotłowała się tak bardzo, że prawie przelewała się ponad mostkiem. Dało nam to przedsmak tego, co czeka nas dalej!

Tadam! Oto potęga natury

I w perspektywie

Po około 1,5 godzinie marszu najpierw usłyszeliśmy, a potem zobaczyliśmy kaskadę – oj warto było się wdrapywać, warto! Nigdy nie widziałam tak potężnego wodospadu, a pochmurna pogoda tylko potęgowała wrażenie. Po obfotografowaniu wodospadu i siebie w różnych konfiguracjach zarządziliśmy odwrót. Postanowiliśmy wrócić do Aulus les Bains inną trasą, wzdłuż rzeki, co dało G. kolejne okazje do robienia zdjęć wody.

Zdjęcie wody

I jeszcze jedno 😉

W pewnym momencie w środku lasu natknęliśmy się na ruiny – najprawdopodobniej domów, a może warsztatów. Jedna z kamiennych budowli miała ciekawy, okrągły kształt. Na dodatek wzdłuż naszej ścieżki ciągnęły się kamienne murki. Kto to wszystko wybudował? Próbowałam później coś wyguglować, ale na próżno.

Tajemnicze ruiny (aż się zdjęcie rozmazało)

W końcu wróciliśmy do cywilizacji. Aulus les Bains było swego czasu była całkiem sporym uzdrowiskiem leczącym choroby metaboliczne. Obecnie czasy świetności ma już za sobą- wystarczy powiedzieć, że na początku XIX wieku liczba mieszkańców wynosiła ponad tysiąc osób, a w 2014 – jedynie 154! Na szczęście wciąż może liczyć na turystów odwiedzających kaskady, ma zatem parę przybytków gastronomicznych. Trafiliśmy do jednej kawiarni, gdzie oprócz wystroju jak z serialu Allo, Allo czekał na nas rozpalony kominek. Przy kawie i gorącej czekoladzie zaczęliśmy się zastanawiać co możemy teraz zrobić, bo było wciąż dość wcześnie (około 13), a zapowiadana burza chyba przeszła bokiem. Wybraliśmy Cirque de Cagateille, czyli cyrk lodowcowy, podobno również bardzo piękny.

Jedyne zdjęcie z drogi do Cyrku

Podobno, bo po podjechaniu do początku trasy i przejściu około 30 min. przez las trafiliśmy na polanę otoczoną przez mgłę. Co prawda była całkiem urokliwa, ze strumieniem przepływającym przez środek, ale zbocza cyrku mogliśmy sobie tylko wyobrazić. Zresztą zaczęło coraz bardziej padać, więc wycofaliśmy się do samochodu i wróciliśmy do Guzet. I tym sposobem zakończyliśmy naszą pierwszą wizytę w Pirenejach, bo następnego dnia czekał na nas jedynie powrót do domu!

Dzień 5, czyli ostatni

Jak to zazwyczaj bywa, ostatniego dnia pogoda zaczęła się poprawiać. Na drodze powrotnej do Tuluzy zatrzymaliśmy się więc jeszcze na trochę w miasteczku Seix. Obeszliśmy je dookoła, podeszliśmy pod miejscowy zameczek (był niestety zamknięty) i zakończyliśmy wizytę kawą w oberży.

Droga na lotnisko minęła bez przygód, chociaż przykro było nam patrzeć jak teren staje się coraz bardziej płaski. Bo pomimo pogody, która wpłynęła na nasze plany, Pireneje Ariegois zdecydowanie przypadły mi do gustu. Niezatłoczone, naturalne, z pięknymi widokami. Chętnie znów tam wrócę, ale tym razem na pewno na dłużej!

7 thoughts on “Słońce, woda i mgła – czyli moja pirenejska przygoda! (2)”

  1. Przepiękne widoki! Nigdy nie byłam w tej okolicy, chociaż przyznam, że mam małego hopla na punkcie wodospadów i chętnie zobaczyłabym Cascade d’Ars.

    A co jedliście w tej oberży oprócz deseru? Kuchnia to moja pasja i jestem ciekawa, co oni jedzą (nawet jeśli nie były to spektakularne dania).

    1. Dziękuję za pytanie, bo zastanawiałam się, czy warto wdawać się w szczegóły 😉
      Na przystawkę ja miałam zupę czosnkową z jajkiem (Pirenejski przepis), a G. terrinę, ale nie pamiętam z czego (gęsi?).
      Jako danie główne ja wzięłam pstrąga z migdałami, a G. potrawkę z wołowiny, też podobno lokalny specjał. A z uwagi na to, że właściciele byli z Beneluksu, to dostaliśmy do tego frytki. Do mojego pstrąga miały być też warzywa – nie spodziewałam się jednak, że będą w panierce i usmażone w głębokim tłuszczu! Ten element nie podszedł mi do gustu, i to trochę obniżyło moją ocenę, bo poza tym nie mam zastrzeżeń!

  2. Piękne miejsce 🙂 Może dobrze,;że nie jest aż tak popularne, bo przynajmniej jest dużo przestrzeni i można się całkowicie na widokach skupić. Ogólnie świetna wycieczka 🙂

Dodaj komentarz