Słońce, woda i mgła – czyli moja pirenejska przygoda! (1)

Chociaż dzieckiem już niestety nie jestem, to mogę powiedzieć, że w tym roku Dzień Dziecka uczciłam bardzo przyjemnie – wyjazdem we francuskie Pireneje! Oczywiście wyjechałam na więcej niż jeden dzień, ale właśnie 1 czerwca po raz pierwszy zobaczyłam ośnieżone szczyty i małe wioski u ich podnóża. Jednak to, co pewnie zapamiętam z całego wyjazdu najlepiej wydarzyło się kolejnego dnia – w końcu burza na 2000 metrach to nie przelewki!

Przygotowania: dojazd i zakwaterowanie

Parę lat temu obejrzałam przypadkiem dokument o francuskich Pirenejach. Uznałam wtedy, że to bardzo ładny region, ale na tym wtedy się skończyło. Gdy jednak w tym roku myśleliśmy z G. nad krótkim wyjazdem w góry (długi weekend), nagle okazało się, że z Brukseli można dolecieć do Tuluzy, z której do Pirenejów już tylko rzut beretem. Zanim zabukowaliśmy lot sprawdziliśmy jeszcze koszt wypożyczenia samochodu i gdy okazało się, że jest w sumie bardzo przystępny (z InterRent), kupiliśmy bilety.

Zakwaterowania szukaliśmy przez Airbnb. Chociaż zarabiam w euro, to i tak ciężko było nam znaleźć coś na nasz budżet. Większość miejsc oscylowało w granicach 50-100 euro dla dwóch osób za noc. Udało nam się jednak wyszukać studio w kurorcie narciarskim Guzet-Neige za 29 euro, więc pomimo że właściciel nie miał wielu opinii postanowiliśmy zaryzykować.

Tak zwany koniec świata 🙂

Przygotowania: ekwipunek i trasy

Ekwipunek brzmi poważnie, ale tak naprawdę chodzi mi o plecak i spodnie, które kupiłam przed wyjazdem 🙂 Jak już pisałam na tym blogu (tutaj), miałam paroletnią przerwę w chodzeniu po górach, więc nie byłam zbytnio przygotowana na prawdziwe wędrówki. Chciałabym napisać osobny post o moim wyposażeniu, więc tutaj tylko wspomnę, że zdecydowałam się kupić plecak Osprey Tempest 30l, a do tego spodnie Northface Exploration z odpinanymi nogawkami. Buty już miałam, Lowa Renegade. Dodatkowo, z uwagi na moje problemy z kolanem, zaopatrzyłam się w opaskę uciskową.

Co do tras, to mieliśmy z G. ułatwioną sprawę, bo mówimy po francusku, a z tego co widziałam, większość stron jest tylko w tym języku. Ale czy z francuskim czy bez, z translatorem i mapą myślę, że można sobie poradzić tak czy owak 🙂

Bałam się o stan mojego kolana, więc wybraliśmy parę tras krótszych i dłuższych. Niestety, tutaj wyszedł minus naszej lokalizacji – była na końcu świata, więc okazało się, że do początku każdej trasy będziemy musieli całkiem sporo dojechać. No ale mimo wszystko udało nam się znaleźć parę fajnie wyglądających opcji, i chociaż mogliśmy maksymalnie chodzić po górach przez 3 dni, to mieliśmy upatrzonych co najmniej 10 tras 😉

Małe pozowanie na 1600 m.n.p.m. 😉

Dzień 1 

Do Tuluzy dolecieliśmy sprawnie, chociaż czekało nas tam małe zaskoczenie – musieliśmy przejść przez kontrolę paszportową! Rzekomo loty z Brukseli traktowane są tak jak spoza strefy Schengen bo Bruksela jest taka ‚międzynarodowa’. Z wypożyczeniem auta też nie było problemów, chociaż przez to, że InterRent działa jako low-cost mieli tylko jedną osobę do obsługi – i oczywiście masę klientów. Dla porównania, w Eurocarze obsługujących było 6, a klientów – okrągłe zero…

Właściciel naszego studia wbrew obaw okazał się bardzo kontaktowy i doradził nam przed wyjazdem, że ostatnie supermarkety są w miasteczku St. Girons, więc jakiekolwiek zakupy najlepiej zrobić właśnie tam.

No i wreszcie, po 2 godzinach jazdy z Tuluzy i milionie ostrych zakrętów naszym oczom ukazała się panorama na całą okolicę i ośnieżone szczyty. I co najlepsze – oprócz nas w całym ośrodku nie było żywego ducha! Dawało to trochę wrażenie, że za chwilę wyskoczy skądś grupa zombie, ale na szczęście nic takiego się nie wydarzyło 😉 Zostawiliśmy nasze rzeczy w studiu (znaleźliśmy klucze bez problemu, same studio też było zgodne z opisem) i poszliśmy zrobić inspekcję okolicy. Przed spaniem wybraliśmy trasę na następny dzień – Pic de Trois Seigneurs, czyli po polsku Szczyt Trzech Panów!

Wymarłe Guzet Neige

Dzień 2 – Pic de Trois Seigneurs

Poranek powitał nas słońcem. Co prawda prognozy pogody zapowiadały popołudniowe burze, uznaliśmy jednak, że zdążymy skończyć trasę zanim pogoda się zepsuje. Jechaliśmy serpentynami do początku trasy – Port de Lers, ale niestety 4 kilometry przed nim droga była zablokowana przez roboty drogowe. Zbiło nas to trochę z tropu, ale gdy dumaliśmy co zrobić (nie było innego dojazdu w to miejsce), w okno samochodu zapukał przechodzący mężczyzna. Okazało się, że to… angielski profesor geologii, który poprzedniego dnia też natknął się na tę blokadę. Powiedział, że dojście do Port de Lers nie zajmuje dużo czasu, i że dzisiaj też idzie w te okolice. Natchnieni otuchą wyruszyliśmy za nim, traktując podejście szosą jako rozgrzewkę.

W końcu  doszliśmy do celu-początku,  i weszliśmy w las typu śródziemnomorskiego – poskręcane drzewka, jakieś krzaczki, no i dużo jaszczurek. Z początku podejście było łagodne, ale stopniowo robiło się coraz bardziej stromo i ‚skałkowo’. Drzewa zaczęły powoli znikać, i wtedy dotarło do nas, że nieposmarowanie się kremem do opalania było błędem… W pełnym słońcu wspinaliśmy się coraz to wyżej, minęliśmy po drodze co najwyżej 5 osób, a widoki były wspaniałe!

W okolicach Lac d’Arbu były i mniejsze ‚jeziorka’ (aka duże kałuże)

Napięcie rośnie

W połowie drogi na szczyt ulokowane jest górskie jezioro, Lac d’Arbu. Urządziliśmy tam sobie przerwę na lunch, siedząc na skale z widokiem z jednej strony na jezioro, a z drugiej – na panoramę wokoło. Oprócz nas była tam jeszcze tylko mała grupka, i udało mi się usłyszeć, że rozmawiali o… częstych gwałtownych burzach w tym regionie. Dało nam to kopa do ruszenia w dalszą drogę, która okazała się jeszcze bardziej skalista niż wcześniejsze podejście. Jako że był to początek czerwca, dodatkowo dużo wody spływało ze szczytów, więc co jakiś czas kombinowaliśmy jak przeskoczyć na drugą stronę potoku. W pewnym momencie pojawił się śnieg. Na dodatek, szlak zamienił się w skałę, więc – przyznaję bez bicia – zaczęłam trochę panikować. Gdy w końcu doszliśmy do ostatniego podejścia pod szczyt, nie byłam pewna czy chcę kontynuować. Szlak wspinał się stromo po skale, po której dodatkowo płynął strumień.

Co gorsza, od chwili naszego wymarszu znad jeziora zaczęło się coraz bardziej chmurzyć. G. chciał wspinać się dalej, ale ja stanęłam okoniem i uznałam, że nie chcę ryzykować, bo na dodatek bałam się, że moje kolano zacznie mi znów dokuczać i utknę na szczycie wśród szalejących piorunów. No cóż, nie myliłam się ostatecznie tak bardzo co do tych piorunów…

G. dał się przekonać do powrotu, i zaczęliśmy szukać ścieżki w dół. Nie mogliśmy znaleźć żadnego oznakowania, więc G. musiał użyć kompasu do wyznaczenia drogi. W końcu wdrapaliśmy się na grań i znaleźliśmy znak trasy – żółtą kropkę. Widoki były znów genialne, po obu stronach grani góry po horyzont! Nie podziwialiśmy jednak scenerii zbyt długo, bo chmury wyglądały coraz bardziej groźnie. Ruszyliśmy żwawo wzdłuż grani. W pewnym momencie przeleciał obok nas paralotniarz, pokiwaliśmy mu i pośpieszyliśmy dalej w dół.

Jeszcze wesoła…

Apokalipsa i paralotniarz

No i w końcu, niebo zaczęło pomrukiwać! Został nam jeszcze kawałek do zejścia, rzuciliśmy się więc przed siebie by zdążyć przed apokalipsą. Niestety o ile moje kolano było w porządku podczas wspinania, to podczas schodzenia dało o sobie znak i nie mogłam schodzić tak szybko jak bym chciała. W końcu zeszliśmy z grani i zaczęliśmy zbiegać (raczej powoli, z uwagi na kolano) po stoku wśród grzmotów i coraz częstszych błyskawic. I jak nie chlusnęło nagle wodą! W sekundę byłam przemoczona, i tak przestraszona, że nie mogłam wyciągnąć kurtki z plecaka. I tym momencie, gdy razem z G. szarpaliśmy się z plecakami i kurtkami, grzmotnęło tuż nad nami. Nie pamiętam kiedy byłam podobnie przerażona. Teraz już po prostu biegliśmy, w strumieniach deszczu, byle w dół. W końcu dotarliśmy do parkingu przy Port de Lers, G. pierwszy, ja za nim trochę kulejąc. G. dopadł stojącego tam samochodu. Kierowca w środku zgodził się nas wpuścić, więc szybko wpakowaliśmy się do środka razem z litrami wody. Co to była za ulga! Po chwili, gdy pierwszy szok minął, kierowca spytał się mnie czy mam pomarańczowy t-shirt. Okazało się, że był to nasz paralotniarz! Powiedział nam, że kiedy burza się zaczęła, postanowił na wszelki wypadek zaczekać chwilę na nas, ale miał zaraz odjechać.

Paralotniarz zgodził się podwieźć nas w dół do naszego samochodu, bo na szczęście szosa była już otwarta. Na zewnątrz było zupełnie ciemno i ciągle lało jak z cebra. Podziękowaliśmy wybawcy i przeszliśmy do naszego auta. Rozebraliśmy się prawie do rosołu 😉 i poczekaliśmy na koniec ulewy. Po jakiejś pół godzinie przestało padać, zaczęliśmy więc podróż powrotną. Jak się później okazało i tutaj nie obyło się bez problemów!

Niekończąca się opowieść…

Droga była usiana kamieniami z przydrożnych urwisk, i dwa razy zatrzymywaliśmy się by odrzucić je na bok. Niestety, za trzecim razem okazało się, że dalej nasz samochód nie pojedzie – szosa zmieniła się w rwący potok! Wycofaliśmy się i ruszyliśmy szukać objazdu. Okazało się, że musieliśmy nadłożyć prawie 2 godziny drogi by dostać się do naszej miejscowości od drugiej strony. Co śmieszne, pokazało się słońce i jak gdyby nigdy nic świeciło przez całą trasę.

Potęga natury w pełnej krasie!

W końcu, około godziny 19 dojechaliśmy do naszego studia – przemoczeni, zszokowani, ale też i szczęśliwi, że w ogóle przeżyliśmy 😉 I z silnym postanowieniem, że następnych razem będziemy bardziej przestrzegać prognozy pogody. Następne dni upłynęły nam już spokojniej, ale o tym w kolejnym wpisie!

7 thoughts on “Słońce, woda i mgła – czyli moja pirenejska przygoda! (1)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *