Peak District – angielskie pagórki i owce (dużo owiec)

Za moich szkolnych lat namiętnie brałam udział w konkursach poświęconych Wielkiej Brytanii. Wiedziałam co jest symbolem Walii (por!), potrafiłam wymienić wszystkie sześć żon Henryka VIII, no i słyszałam o Lake District, regionie Anglii z licznymi jeziorami. Ale Peak District? Gdy G. powiedział mi, że pochodzi z jego obrzeża, nic mi to nie mówiło. Wspominał, że to ładne okolice, ale ja byłam nastawiona dość sceptycznie, bo przecież nigdy o tym nie słyszałam. Teraz jednak cieszę się, że w końcu dowiedziałam się o jego istnieniu. Bo jeśli wyobrażasz sobie angielską wieś jako miejsce z łagodnymi pagórkami poprzecinanymi kamiennymi murkami, stadami owiec i sympatycznymi wsiami, to to właśnie jest Peak District!

W połowie czerwca miałam okazję po raz pierwszy tak naprawdę zobaczyć ten region, bo poprzednio byłam tam w grudniu 2015 roku – o ile fajnie siedziało się wtedy przed kominkiem w domu rodziców G., to pogoda nie zachęcała do wypadów poza dom 😉

Sielskie Dovedale

Murek to tu, to tam!

Na miejsce przyleciałam samolotem – podróż z Brukseli do East Midlands trwała całe… 5 min! Oczywiście w rzeczywistości była to godzina, a to 5 min to tylko przez zmianę czasu, ale i tak szybko zleciało (bo muszę się do czegoś przyznać – zawsze okrutnie się męczę w samolocie, czuję się jak sardynka w powietrznej puszce). Lotnisko położone jest między Derby i Nottingham, a do domu G. jest z niego około 40 min. Po przyjeździe zadecydowaliśmy, że następnego dnia razem z rodzicami G. ruszymy na podbój Dovedale.

Nazajutrz czekała na nas piękna, słoneczna pogoda. Nauczeni doświadczeniami z Pirenejów nasmarowaliśmy się kremem przeciwsłonecznym i wzięliśmy kapelusze. Dojazd na miejsce zajął nam około godziny – niestety drogi w UK są dość wąskie, za to ruchliwe nawet w weekendy! Wyruszyliśmy z typowej angielskiej wsi z pubem i kamiennymi domami, które szybko ustąpiły miejsca pastwiskom. A na pastwiskach – owce! Wiem, że w Anglii to typowy widok i G. nawet nie zwracał na nie uwagi, ale dla mnie była to niemała atrakcja, zwłaszcza że na jedną dorosłą owcę przypadały po 2-3 jagnięcia. Szliśmy więc wśród owiec, przechodząc co jakiś czas przez murki i płoty za pomocą tzw. stiles – najczęściej w formie schodków albo wąskich szczelin przez które można przejść przez murki. Chodzi o to, by nie wypuścić owiec czy krów przez przypadek na wolność – całkiem mądre rozwiązanie!

Hello sheepie!

Po wdrapaniu się na górkę mieliśmy widok na całą okolicę. Chociaż Peak District pod względem wzniesień przypomina belgijskie Ardeny (około 400 m.n.p.m.), wygląda zupełnie inaczej. Po pierwsze: mniej drzew! A po drugie – wszechobecne murki. Trudno sobie wyobrazić ile wysiłku musiało kosztować ułożenie kilometrów kamieni, pośrodku niczego, i to bez ciężarówek. Trasa jednak wiodła nas jednak nie tylko poprzez pastwiska, ale i bardziej zadrzewione rejony, co było całkiem przyjemne biorąc pod uwagę żarzące słońce.

Orzeźwiający moment nad rzeką Dove 🙂

Po jakimś czasie nasza trasa zaprowadziła nas do początku dale – to słowo, które rzekomo oznacza dolinę, ale dla mnie wyglądało to bardziej jak wąwóz 🙂 Dovedale to zatem dolina rzeki Dove. Przez dobrą godzinę szliśmy wzdłuż tego dolinowąwozu, gdzie wciąż owiec było więcej niż ludzi (chociaż muszę przyznać, że w tym momencie wycieczkowiczów zrobiło się całkiem sporo – Anglicy uwielbiają chodzić po swoich pagórkach!).

Sielsko angielsko

Idąc przez Tolkienowskie Shire 🙂

Dale w pewnym momencie się skończyło, a my doszliśmy do nowej osady, gdzie kupiliśmy lody z okienka w jednym z domów i po krótkiej przerwie kontynuowaliśmy drogę. Tuż za wsią czekało na nas jeszcze jedno dość strome podejście, ale potem już łagodnie schodziliśmy w kierunku naszego punktu wymarszu. Chociaż nie była to trudna trasa, to z uwagi na upał nieźle ucieszyliśmy się na widok naszego samochodu!

A dla odmiany – surowe Kinder Scout

Wichrowe wzgórza!

Oprócz sielskich pagórków z owcami Peak District ma też drugie oblicze: Dark Peak. Nazwa, chociaż brzmi trochę złowieszczo, pochodzi po prostu od typu podłoża. O ile w rejonie Dovedale dominują jasne wapienne skały, stąd nazywa się go White Peak, to Dark Peak zbudowane jest głównie z granitu i ciemnego torfu. Przekłada się to też na roślinność – w najwyższych rejonach panują wrzosowiska i inne krzewinki. Dark Peak jest też wyższą częścią całego regionu, a jego najwyższy szczyt nazywa się Kinder Scout i wznosi się na oszałamiające… 636 m.n.p.m.! Uznałam więc, że wejdę na taką wysokość z palcem w nosie – no cóż, może i tak by było gdyby nie ten upał…

Wichrowe wzgórza vol.2

Wyjechaliśmy z G. wcześnie rano, znów z duszą na ramieniu, bo po paru dniach upałów prognozy pogody zapowiadały popołudniowe burze (klątwa czy co?). Po godzinie jazdy dojechaliśmy do Hayfield, gdzie rozpoczynała się nasza trasa. Po wyjściu z miasteczka okolica przypominała tę z poprzedniej wycieczki, ale szybko zmieniła się w bardziej surowo wyglądające wrzosowiska. Po jakiejś godzinie weszliśmy w wąwóz – tym razem prawdziwy wąski wąwóz, co przy ponad 30 stopniach dawało delikatny efekt sauny. Część ludzi dobrze znosi wysokie temperatury – niestety ja do nich nie należę. Zawsze robię się czerwona jak burak i od razu wypacam wszystko co wypiję, więc drapanie się w górę szło mi się dość opornie.

Krótka przerwa z poznaną na szlaku koleżanką

Bliskie spotkania

W końcu wydostaliśmy się na otwartą przestrzeń i naszym oczom ukazała się Pennine Way. To jeden z dużych krajowych szlaków, ciągnący się przez 429 kilometrów wzdłuż Gór Pennińskich, których Peak District jest częścią. Lekki wietrzyk dodał nam animuszu i po krótkim podejściu dotarliśmy w najwyżej położoną część trasy. Czekały tam na nas już tylko lekkie wznosy i całkiem spore skały. W połowie trasy zatrzymaliśmy się na lunch przy Kinder Downfall – podobno najwyższy wodospad w Peak District. Podobno, bo gdy my tam zaszliśmy nie ujrzeliśmy nic więcej niż trochę wody kapiącej po skałach 😉 No cóż, nie każdy wodospad to Cascade d’Ars!

Reszta drogi upłynęła nam na łagodnych podejściach i zejściach. Jak dowiedzieliśmy się z naszego przewodnika, Kinder Scout, najwyższy szczyt, nie wyróżnia się na tle okolicznych pagórków. A jako że wciąż baliśmy się, że znów będziemy uciekać przed burzą, postanowiliśmy odpuścić Scouta i zadowolić się Kinder Low. Zresztą Kinder Low nie jest wcale żadną namiastką! Znajduje się na nim tzw. trig point, czyli po polsku wieża triangulacyjna (tako rzecze Wikipedia).Używana jest do pomiarów geodezyjnych – a w każdym razie była używana w czasach bez GPS 😉 Z całą pewnością jest świetnym punktem obserwacyjnym. Widać z niej całą panoramę Dark Peak!

 

No cóż, to chyba jedyne zdjęcie ze słupem 

Po obfotografowaniu się w różnych pozach rozpoczęliśmy ostatni etap naszej wycieczki, łagodnie schodząc do Hayfield. Im niżej byliśmy, tym więcej napotykaliśmy owiec. Biedne zwierzęta chowały się przed upałem jak się tylko dało! Po jakimś czasie pojawiły się pierwsze farmy, a potem coraz bardziej zwarta zabudowa. Burzy nie było ani widu, ani słychu, więc uczciliśmy nasze dotarcie do celu piwem w pubie hotelu Royal. Jak dla mnie było to bardzo królewskie zakończenie dnia 🙂

Każda odrobina cienia była na wagę złota

Dla podsumowania oto nasza trasa:

Porady praktyczne

Dojazd: Jak wspomniałam powyżej, ja doleciałam do East Midlands z Brukseli, ale lotnisko ma też połączenia z Polską, na przykład Wrocławiem. Lotów jest tyle, że ogłoszenia na lotnisku są też po polsku!

Transport: Samochód to konieczność. Transport publiczny istnieje, ale tylko między większymi miejscowościami, a pociągi są dość drogie.

Zakwaterowanie: Niestety nie wypowiem się w tym temacie, bo spałam u rodziców G. Widziałam jednak sporo cottages do wynajęcia, w każdej wsi znajdzie się też pub z paroma pokojami do wynajęcia.

Ceny: Peak District jest dość turystyczną okolicą, i chociaż ceny są niższe niż w Londynie to nie jest to najtańsza część Wielkiej Brytanii. W każdym razie, uda nam się najeść w pubie za 10-12 funtów, a za kufel piwa zapłacimy około 3,50.

Szlaki: Brytyjczycy mogą poszczycić się gęstą siecią dróg z tzw. public right of way. Oznacza to tyle, że mamy prawo korzystać z danej ścieżki nawet jeśli wiedzie przez teren prywatny. Nie spotkałam się jednak z żadnymi oznaczeniami szlaków, co najwyżej drogowskazami do najbliższej wsi. Na rynku dostępnych jest jednak multum przewodników dla każdego i na każdą okazję. No i oczywiście wiele tras jest również dobrze opisanych na licznych stronach internetowych – nic tylko guglować 🙂

5 thoughts on “Peak District – angielskie pagórki i owce (dużo owiec)”

  1. Tak naprawdę to dziękuję za ten wpis 🙂 nie jestem wielbicielką angielskich klimatów, bo kocham Włochy, ale Twój opis i zdjęcia zrobiły na mnie wrażenie 🙂

Dodaj komentarz